
Hanser odkrywa podstęp Beyzy. Podmieniona maść doprowadza Cihana do gorączki w 114 odcinku „Panny Młodej”.
Spokojne pozory rezydencji Develioglu zaczynają pękać pod ciężarem kolejnych intryg. Beyza, przekonana, że jako matka przyszłego dziedzica ma prawo rządzić domem, coraz śmielej układa plan usunięcia Sinem i Hanser ze swojego życia. Gdy dowiaduje się, że rana Cihana nadal się nie goi, postanawia wykorzystać sytuację na swoją korzyść. Z pomocą Gülsüm przygotowuje podejrzaną mieszankę i podmienia maść, którą Hanser ma nałożyć na ranę Cihana.
Hanser od pierwszej chwili czuje, że coś jest nie tak: dziwny zapach, zmieniony kolor i naruszone opakowanie budzą jej podejrzenia, ale Cihan – zmęczony i uparty – nie pozwala jej szukać problemu tam, gdzie, jak sądzi, go nie ma. Następnego ranka wszystko się zmienia. Gorączka, osłabienie i narastający ból pokazują, że niewinna z pozoru maść mogła stać się początkiem groźnego kryzysu. Mukadder natychmiast oskarża Hanser. Beyza z ukrycia obserwuje skutki swojego planu, a Yasemin jako pierwsza zauważa, że z lekarstwem naprawdę było coś niepokojącego.
Tymczasem Hanser, mimo oskarżeń i samotności, nie opuszcza Cihana ani na chwilę. Wieczorem, gdy jego stan się pogarsza, podejmuje odważną decyzję i pomaga mu wejść pod chłodny prysznic, aby zbić gorączkę. W strugach wody, między lękiem a czułością, rodzi się chwila bliskości, której żadne z nich nie potrafi już udawać. Czy Hanser odkryje, że Beyza zamaczała palce w podmianie maści? Czy Cihan zrozumie, kto naprawdę stoi przy nim v najtrudniejszym momencie? I czy ten wieczór stanie się początkiem przełomu, który zmieni wszystko w rezydencji Develioglu?
Rozmowa przy kawie i upokorzenie Beyzy.
W rezydencji Develioglu spokój od dawna był tylko dekoracją. Ściany nadal lśniły czystością, kryształowe żyrandole wciąż rzucały miękkie refleksy na marmurowe posadzki, służba nadal poruszała się cicho, jakby każdy krok mógł naruszyć porządek domu. But pod tą elegancją kryło się coś ciemniejszego – coś, co powoli rozlewało się po korytarzach, wnikało do sypialni, salonów i kuchni, aż w końcu każdy oddech w tym domu stawał się ostrożny.
Tamtego dnia Beyza siedziała w jednym z bordowych foteli: wyprostowana, z lekko uniesioną brodą i spojrzeniem, które zdradzało więcej gniewu, niż chciała pokazać. Naprzeciwko niej Gülsüm obracała w dłoniach filiżankę kawy. Para unosiła się nad ciemnym naparem cienką smugą, ale żadna z kobiet nie piła – kawa była tylko pretekstem. Prawdziwa rozmowa dopiero miała się zacząć. — Położył przed nią pusty formularz — zaczęła Gülsüm w końcu, zerkając ostrożnie na Beyzę. — Kazał jej wpisać kwotę, ile tylko chce: bez targowania się, bez warunków. Powiedział, że nie był niesprawiedliwy wobec ciebie i nie będzie też wobec niej.
Beyza zesztywniała tak nagle, jakby ktoś dotknął otwartej rany. Przez chwilę patrzyła tylko na Gülsüm. Bez słowa jej palce zacisnęły się na uchwycie filiżanki, ale twarz pozostała prawie nieruchoma. Prawie, bo w kąciku ust pojawiło się drgnienie – ledwie widoczny znak upokorzenia, które natychmiast zamieniło się w chłodną pogardę. — Czy my w ogóle jesteśmy takie same? — zapytała ostro. — Ja noszę w sobie jego dziecko.
Gülsüm odchyliła się lekko w fotelu i przewróciła oczami, jakby ta kwestia była dla niej bardziej męcząca niż przekonująca. — Powiedzmy… Beyza pochyliła się gwałtownie do przodu. — Żadne „powiedzmy”! — przerwała jej lodowato. — Jeśli chcemy, żeby inni w to wierzyli, same też musimy. Rozumiesz? Nie możesz mówić takim tonem nawet tutaj. Nawet przy mnie. Gülsüm uniosła brwi, zaskoczona ostrym napomnieniem. — Przecież jesteśmy same. — W tym domu niki nigdy nie jest sam — odparła Beyza. — Ściany mają uszy, służba ma oczy. A Hanser? Hanser ma tę obrzydliwą umiejętność pojawiania się dokładnie tam, gdzie nie powinna. — Wymowała imię rywalki tak, jakby smakowało gorzko.
Gülsüm milczała przez chwilę. Widać było, że waha się, czy mówić dalej. Ale Beyza natychmiast to zauważyła. — Co jeszcze? — zapytała podejrzliwie. — Nic takiego… — bąknęła Gülsüm.
Jedno słowo wystarczyło. Gülsüm westchnęła i odstawiła filiżankę na stolik. — Ta dziewczyna, Hanser, nie powiedziała od razu, że nie chce pieniędzy. Beyza zmrużyła oczy. — Więc co powiedziała? — Że musi się zastanowić.
Cisza, która po tym zapadła, była niemal głośniejsza od krzyku. Beyza powoli odchyliła się na oparcie fotela. Na her twarzy pojawił się uśmiech, ale nie było w nim ani radości, ani rozbawienia – była tylko zimna satysfakcja kogoś, kto właśnie znalazł potwierdzenie własnych podejrzeń. — Oczywiście — mruknęła. — Będzie się zastanawiać. Biedna, skrzywdzona, dumna. Hanser najpierw udaje, że nie zależy jej na niczym, a potem liczy w głowie, ile może zażądać, żeby wyjść stąd z podniesioną głową i pełnymi rękami. — Nie wiem, Beyza. Może ona naprawdę… — Naprawdę co?! — przerwała jej ostro. — Naprawdę jest szlachetna? Naprawdę cierpi? Naprawdę nie chce niczego poza spokojem? Proszę cię! Takie kobiety zawsze są najniebezpieczniejsze. Nie krzyczą, nie żądają, nie pokazują pazurów od razu. Najpierw robią z siebie ofiary, żeby mężczyzna poczuł winę. — Jej głos stawał się coraz bardziej napięty. — A Cihan już to czuje. Widzę to. Patrzy na nią inaczej, rozmawia z nią inaczej. Nawet kiedy jest zły, nawet kiedy udaje obojętnego, w jego oczach jest coś, czego nie potrafię znieść.
Gülsüm pochyliła głowę. — Zazdrość cię zniszczy, jeśli nie będziesz ostrożna. Beyza parsknęła cicho. — To nie zazdrość, to świadomość, że ktoś próbuje odebrać mi miejsce, które mi się należy. — A jeśli Cihan naprawdę chce rozwodu? — To pytanie zawisło między nimi jak ostrze.
Beyza przez chwilę nie odpowiadała. Potem powoli odstawiła filiżankę, wstała i podeszła do okna. Za szybą ogród wyglądał spokojnie, prawie bajkowo, ale ona nie widziała kwiatów ani drzew – widziała Hanser przy łóżku Cihana, jej pochyloną głowę, jej dłonie przy jego ranie, jej głos cichy, troskliwy, zbyt bliski. — Cihan może mówić, co chce — powiedziała w końcu. — Może podpisywać papiery, grozić, odwracać się ode mnie. But dopóki noszę w sobie dziedzica tego rodu, niki nie wyrzuci mnie z tej rezydencji. — Odwróciła się do Gülsüm. — A już na pewno nie ona.
Starcie w salonie i przesuwanie granic.
Niedługo potem napięcie przeniosło się do salonu, gdzie elegancja wnętrza tylko podkreślała brutalność wypowiadanych słów. Beyza stała na środku z rękami skrzyżowanymi na piersi. Jej postawa mówiła jasno: nie zamierza się cofać. Naprzeciwko niej stała Sinem – spokojna, ale czujna. Nie miała w sobie uległości, której oczekiwała Beyza, i właśnie to najbardziej ją drażniło. Mukadder siedziała z boku, lecz jej obecność wystarczała, by każdy wiedział, po której stronie znajduje się władza. — Urodzę dziedzica rodu Develioglu — oznajmiła Beyza powoli, celowo akcentując każde słowo — i dlatego jestem drugą osobą w tej rezydencji, zaraz po cioci.
Sinem spojrzała na nią bez lęku. — Nie zamierzałam zajmować niczyjego miejsca, ale zachowujesz się, jakbyś już tu rządziła. — Wykonuję swoje obowiązki. — Obowiązki? Beyza zrobiła krok bliżej. — Twoim obowiązkiem jest pamiętać, kim jesteś i kim nie jesteś.
W salonie zrobiło się jeszcze ciszej. Sinem zbladła, ale nie spuściła wzroku. — Nie jestem nikim, pani Beyzo. — To zdanie, wypowiedziane cicho i bez krzyku, trafiło mocniej niż jakakolwiek obelga. Beyza aż drgnęła. — Uważaj na ton! — Mój ton jest spokojny — odpowiedziała Sinem. — To pani słyszy w nim zagrożenie.
Mukadder uniosła głowę. — Wystarczy. — Nie krzyknęła, nie musiała – jej głos był tak zimny, że natychmiast przeciął rozmowę. — Sinem, pilnuj swoich spraw. W tym domu każdy ma swoje miejsce. Nie próbuj przesuwać granic, których nie rozumiesz.
Sinem spojrzała na nią. Przez krótką chwilę w jej oczach pojawił się żal, ale zaraz ustąpił miejsca rozsądkowi – wiedziała, że dalsza rozmowa nie ma sensu: nie teraz, nie z tymi kobietami. — Rozumiem — powiedziała tylko. Odwróciła się i wyszła.
Gdy drzwi zamknęły się za nią, Beyza prychnęła z pogardą. — Jaka ona jest arogancka. Naprawdę uwierzyła, że może tutaj podnosić głowę. Mukadder powoli oparła dłonie na podłokietnikach fotela. — Dostała już swoją lekcję. — Za małą. — Beyza. — W tym jednym imieniu zabrzmiało ostrzeżenie.
Beyza spojrzała na nią z irytacją, ale zamilkła. Wiedziała, że Mukadder potrafi być sojuszniczką, dopóki sprawy idą po jej myśli, ale nie znosiła nieposłuszeństwa. — I przestań wracać do tematu domu — dodała Mukadder chłodno. — Ustaliłyśmy jasno: to zostaje między nami.
Beyza natychmiast spuściła głos. — Dobrze, nie było tematu. Ma tak zostać. But właśnie dlatego przyszłam: przepisałaś dom w odpowiednim momencie. Mukadder zmrużyła ogen. — Co masz na myśli? Beyza usiadła naprzeciwko niej, pochylając się lekko do przodu. — Hanser nie odpuści. Przy rozwodzie będzie żądać pieniędzy. Może teraz udaje niezdecydowaną, ale to tylko gra. Ona wie, że Cihan ma wyrzuty sumienia, wie, że może to wykorzystać.
Mukadder westchnęła ciężko. Po raz pierwszy w jej twarzy pojawiło się coś, co przypominało zmęczenie. — Gdyby pieniądze mogły nas od niej uwolnić, sięgnęłabym do własnej kieszeni i dała jej wszystko. — Więc dajmy. — Nie rozumiesz? — odparła Mukadder, patrząc na nią ostro. — To nie o pieniądze chodzi. Gdyby ona chciała tylko pieniędzy, już dawno byłoby po wszystkim. But ona chce zostać. Beyza zacisnęła usta. — Przy nim… — Przy nim — potwierdziła Mukadder. — I wygląda na to, że Cihan pozwala jej na to.
Te Słowa były dla Beyzy jak policzek. Nie odpowiedziała od razu. Siedziała nieruchomo, ale w jej oczach pojawił się ten znajomy błysk – nie gniewu wybuchowego, lecz cichego, chłodnego planowania. — Więc trzeba sprawić — powiedziała powoli — żeby nie miała powodu przy nim zostawać.
Podmiana maści i ostrzeżenie Hanser.
Tego samego popołudnia Beyza stała przy toaletce w swoim pokoju. W dłoniach trzymała dokument, którego papier zdawał się dla niej cenniejszy niż klejnoty – akt własności. Dowód, obietnica przyszłej władzy. Przesunęła palcami po krawędzi kartki i uśmiechnęła się do własnego odbicia. — Mój dom — wyszeptała. — Jeszcze trochę cierpliwości. Najpierw Sinem, potem Hanser. Jedna po drugiej.
W lustrze zobaczyła kobietę piękną, zadbaną, elegancką, ale pod tą twarzą kryło się coś niebezpiecznego – coś, co nie znało granic, kiedy czuło się zagrożone. Nagle na korytarzu rozległy się kroki. Beyza zareagowała błyskawicznie: złożyła dokument, wsunęła go do szuflady i zamknęła ją szybkim ruchem. Gdy drzwi się otworzyły, stała już spokojnie, jakby przez cały czas poprawiała tylko kolczyk. Do pokoju weszła Gülsüm. — Czego chcesz? — rzuciła Beyza chłodno. — Pani Hanser była w kuchni. — I to jest powód, żeby wpadać do mojego pokoju? — Powiedziała, że rana pana Cihana wciąż się nie zagoiła. Podobno znowu krwawi. Maść się skończyła, Melih pojechał kupić nową.
Na her twarzy Beyzy pojawił się cień niepokoju, zniknął natychmiast, zastąpiony podejrzliwością. — Oczywiście — syknęła. — Rana nie może się zagoić, bo wtedy jej obecność przestałaby być potrzebna. Ta dziewczyna nie jest głupia. Wie, że dopóki może opatrywać Cihana, dopóty ma pretekst, żeby być przy nim dzień i noc.
Gülsüm zawahała się. — Gdybyśmy miały czarną maść, rana zagoiłaby się szybciej. Moja babcia robiła ją zawsze w domu: na skaleczenia, oparzenia, wszystko. Beyza powoli odwróciła głowę. — Czarną maść… — Ziołową, bardzo mocną. Pachnie trochę dziwnie, ale działa. — Masz przepis? — Mam, ale… — Żadnego „ale”! — Beyza podeszła do niej szybko i chwyciła ją za nadgarstek. — Idziemy do kuchni. Teraz. Gülsüm spojrzała na nią niepewnie. — Beyza, to jest lekarstwo domowe. Nie wiem, czy powinnyśmy. Beyza ścisnęła jej nadgarstek mocniej. — Powiedziałaś, że działa. — Działało na nas, kiedy byliśmy dziećmi. — Więc zadziała i teraz. — A jeśli Hanser coś zauważy? Beyza uśmiechnęła się zimno. — Hanser zawsze coś zauważa. Problem w tym, że niki jej nie słucha.
W kuchni działały szybko. Gülsüm wyjmowała zioła, oleje, ciemny proszek, którego zapach natychmiast wypełnił pomieszczenie. Beyza stała obok, obserwując każdy ruch – nie znała się na takich rzeczach, ale nie musiała. Interesował ją tylko efekt: jeśli rana Cihana zagoi się szybciej, Hanser straci najważniejszy argument; jeśli pojawią się komplikacje, winę i tak będzie można zrzucić na nią. Ta myśl przemknęła jej przez głowę i zatrzymała się tam – cicha i niebezpieczna.
Wieczorem Gülsüm odebrała od Meliha nową tubkę maści z uśmiechem tak niewinnym, że mężczyzna nie zwrócił uwagi na nic podejrzanego. — Dziękuję, Melih. Zaniosę ją pani Hanser. — Lepiej szybko, pan Cihan powinien ją dostać od razu. — Oczywiście.
Gdy tylko Melich zniknął, Gülsüm wsunęła tubkę pod fartuch i pośpieszyła do pokoju Beyzy. Tam na stoliku czekała już miseczka z ciemną, gęstą substancją. Zapach był intensywny, duszący, ziołowy, ale pod spodem kryło się coś gorzkiego. — Masz? — zapytała Beyza.
Gülsüm skinęła głową, otworzyła tubkę ostrożnie, rozchyliła zabezpieczenie nożem i wycisnęła część aptecznej maści do miseczki. Potem zaczęła mieszać ją z przygotowaną wcześniej substancją. Masa stopniowo ciemniała. Beyza patrzyła na to z napięciem, jakby obserwowała nie lekarstwo, lecz broń. — Niki się nie zorientuje? — spytała. — Kolor będzie inny, zapach też. Powiesz, że to partia rzemieślnicza albo że tak pachnie nowa dostawa. — A jeśli Hanser zapyta? — Cihan jej nie pozwoli robić problemów. Gülsüm spojrzała na nią szybko. — Skąd ta pewność? Beyza uśmiechnęła się z goryczą. — Bo mężczyźni nie lubią, kiedy kobieta ma rację zbyt często.
Kilka tygodni później tubkę wyglądała niemal tak jak wcześniej. Prawie. Tylko naruszone zabezpieczenie i cięższy zapach mogły zdradzić prawdę komuś bardzo uważnemu. A Hanser właśnie taka była. Gdy Gülsüm zapukała do pokoju Cihana, Hanser siedziała przy łóżku: blada ze zmęczenia, ale czujna. Cihan opierał się o poduszki, próbując ukryć ból pod maską obojętności. — Przyniosłam nową maść — powiedziała Gülsüm.
Hanser podziękowała cicho, wzięła tubkę i odkręciła ją. Już po pierwszej sekundzie jej twarz się zmieniła – zapach uderzył ją natychmiast. Nie był taki jak wcześniej, nie był tylko mocniejszy – był inny, obcy. Hanser przyjrzała się tubce uważnie: aluminiowe zabezpieczenie wyglądało, jakby ktoś już wcześniej je naruszył. — Coś tu nie gra — powiedziała cicho. Cihan spojrzał na nią znużony. — Co znowu? — Ta maść pachnie inaczej i zabezpieczenie jest naruszone. — Hanser, naprawdę… Poprzednie opakowanie nie wyglądało tak samo?
Gülsüm spuściła ogen, ale jej palce nerwowo poruszyły się przy fartuchu. Cihan westchnął. — To maść rzemieślnicza. Takie rzeczy mogą się różnić: kolor, zapach, konsystencja. To normalne. — Nie jestem pewna. — A ja nie mam siły na kolejne podejrzenia.
Te Słowa zabolały ją bardziej, niż chciała przyznać. Hanser odwróciła wzrok na sekundę, ale nie odłożyła tubki. — Nie chcę ci zaszkodzić. — Więc po prostu posmaruj ranę — powiedział to ostrzej, niż zamierzał. Sam to usłyszał, ale nie cofnął słów. Gorączka jeszcze się nie pojawiła, lecz ból i zmęczenie czyniły go niecierpliwym.
Hanser przez chwilę siedziała bez ruchu. Instynkt krzyczał, żeby przestała, żeby wyrzuciła tę tubkę, żeby kazała Melihowi kupić nową. But Cihan patrzył na nią z tą upartą pewnością, a Gülsüm stała przy drzwiach – milcząca i czujna. W końcu Hanser nabrała odrobinę maści na palec. — Jeśli coś będzie nie tak, natychmiast ją zmyję — powiedziała. — Dobrze.
Delikatnie odsunęła opatrunek i zaczęła smarować ranę. Jej ruchy były łagodne, ostrożne, pełne czułości, której nie potrafiła ukryć nawet wtedy, gdy on ją ranił. Cihan patrzył gdzieś w bok, ale czuł tę troskę – czuł ją w każdym dotknięciu i właśnie dlatego milczał.
Groteskowy napad Deryi.
Tego samego dnia, w zupełnie innym miejscu, rozegrała się scena, która wydawała się należeć do innego świata, choć była częścią tej samej sieci napięć, strachu i desperacji. Drzwi sklepu Cemila otworzyły się z hukiem. Derya wpadła do środka jak burza – jej oczy płonęły, włosy wymykały się spod chusty, a w dłoniach trzymała pistolet wymierzony prosto w jego pierś. — Wstawaj, ręce do góry!
Cemil zamarł. Krzesło zachwiało się pod nim, a potem przewróciło z trzaskiem, gdy poderwał się na nogi. — Derya, co ty robisz?! — Przyszłam cię zastrzelić — powiedziała to tak spokojnie, że Cemilowi krew odpłynęła z twarzy. — Odłóż broń natychmiast! — Nie rozkazuj mi. — Skąd ją masz? — Pożyczyłam od twojej siostry.
Cemil zamknął oczy na sekundę, jakby próbował zrozumieć, jak jego życie mogło dojść do tak absurdalnego punktu. — Czy ty oszalałaś? Derya zaśmiała się krótko, bez cienia radości. — Kiedy twoja siostra grozi ludziom, wszyscy mówią, że jest silna. Kiedy ja biorę broń do ręki, nagle jestem wariatką. — Bo celujesz do mnie! — Bo inaczej mnie nie słuchasz.
Cemil cofnął się, aż podregał z farbami. — Jaki jest twój problem? — Ty jesteś moim problemem. Twoje marudzenie, twoje uciekanie, twoje wieczne narzekanie. Mam dość, wracamy do domu. — Do domu? — Tak, natychmiast. — Derya, nie możesz zmuszać mnie pistoletem. — Mogę, właśnie to robię.
Krążyli powoli wokół biurka: Cemil z rękami w górze, ona z bronią wycelowaną w niego. W całej tej scenie było coś groteskowego, ale strach Cemila był prawdziwy. — Jeśli nie pójdziesz — powiedziała Derya cicho — strzelę ci prosto w głowę. Cihan miał szczęście, ja nie będę liczyć na szczęście.
Cemil przełknął ślinę. — Dobrze, pójdę. Tylko opuść broń.
Przez chwilę patrzyła na niego podejrzliwie. Potem powoli opuściła ręce i wsunęła pistolet za pasek spódnicy, jakby chowała klucze. — Idziemy.
Cemil ruszył do drzwi, oglądał się co kilka kroków. A Derya szła za nim z miną kobiety, która właśnie wygrała bitwę, choć niki rozsądny nie nazwałby tego zwycięstwem.
Kryzys zdrowotny Cihana i chłodny prysznic.
Następny poranek przyniósł Hanser potwierdzenie najgorszych przeczuć: Cihan obudził się rozpalony. Leżał blady, z zamkniętymi oczami, a jego oddech był ciężki i nierówny. Hanser siedziała przy nim od świtu – dotknęła jego czoła i natychmiast cofnęła dłoń, przerażona temperaturą. — Masz prawie 38,5 — wyszeptała. — Wezwę lekarza. — Nie — powiedział słabo. — Cianie, proszę cię, to nie jest zwykłe osłabienie. — Nie trzeba. — Trzeba.
Otworzył oczy i spojrzał na nią z wysiłkiem. — Jeśli chcesz, możesz iść sama.
Te Słowa zawisły między nimi – gorzkie i niesprawiedliwe. Hanser poczuła, jak coś ściska ją w gardle, ale nie pozwoliła sobie na łzy. — Nawet kiedy ledwo oddychasz, musisz mnie odpychać? — zapytała cicho. Cihan odwrócił wzrok. — Nie chcę twojej litości. — Tow nie jest litość.
Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo do pokoju weszły Yasemin i Mukadder. Yasemin podeszła z troską, Mukadder z niepokojem, który natychmiast zamienił się w gniew. — Jest rozpalony — syknęła, dotykając czoła syna. — Mówiłam, że trzeba było zatrudnić prawdziwą pielęgniarkę.
Hanser wstała. — Zrobiłam wszystko zgodnie z zaleceniami. — Wszystko?! — Mukadder odwróciła się do niej gwałtownie. — To dlaczego mój syn ma gorączkę? Co mu podałaś? — Popełnia pani grzech, oskarżając mnie bez dowodu — odpowiedziała Hanser spokojniej, niż sama się czuła. — Dałam mu tylko to, co przepisał lekarz.
Yasemin uniosła dłoń. — Spokojnie, najpierw sprawdźmy fakty. Jakie leki przyjmował, Hanser? Podała jej tubkę. — Tę maść. Yasemin odkręciła ją, powąchała i natychmiast zmarszczyła brwi. — To nie wygląda dobrze.
Mukadder zamarła. — Co to znaczy? — Kolor jest dziwny, zapach też. Możliwe, że maść jest zepsuta albo zanieczyszczona. — Zanieczyszczona? — powtórzyła Hanser, a jej twarz pobladła. — Nałożyłaś mu to na ranę?! — wybuchła Mukadder. — Mówiłam, że coś jest nie tak — odpowiedziała Hanser drżącym głosem. — Mówiłam, że zapach jest inny, że opakowanie wygląda na otwarte. — To ja kazałem jej posmarować ranę — odezwał się Cihan. Wszyscy spojrzeli na niego. Mówił cicho, ale stanowczo. — Hanser miała wątpliwości, ja je zignorowałem.
Mukadder zacisnęła usta. — A ty oczywiście musiałaś go posłuchać — rzuciła do Hanser. — Nie przyszło ci do głogu, żeby zapytać lekarza? Hanser spuściła wzrok tylko na chwilę. — Przyszło, ale niki mnie nie słucha… kiedy próbuję powiedzieć prawdę. — To zdanie uderzyło w pokój jak cichy wyrzut.
Yasemin przerwała napięcie. — W ranę mogła wdać się infekcja, potrzebny będzie antybiotyk. I jeśli temperatura nie spadnie, natychmiast lekarz. — Nie prośba – konieczność. Cihan zamknął oczy. — Wypisz receptę. — Co, proszę… Yasemin westchnęła, ale wyciągnęła notes. Gdy pisała, Mukadder patrzyła na Hanser tak, jakby już wydała wyrok.
Po wyjściu Yasemin i Mukadder w pokoju zapadła ciężka cisza. Hanser uklękła przy łóżku i delikatnie ujęła dłoń Cihana. Przez chwilę chciała ją puścić, bo pamiętała jego Słowa, ale jego palce, choć słabe, lekko zacisnęły się na jej dłoni. — Przepraszam — powiedział cicho. Spojrzała na niego zaskoczona. — Za co? — Za to, że ci nie uwierzyłem.
Hanser przełknęła łzy. — Teraz najważniejsze, żeby temperatura spadła. A potem… potem dowiem się, co było w tej maści. Cihan otworzył ogen. — Myślisz, że ktoś zrobił to celowo? Hanser długo milczała. — W tym domu coraz mniej rzeczy wygląda na przypadek.
Wieczór zapadł powoli, ale w sypialni Cihana czas stracił znaczenie. Za oknami ogród pogrążał się v granatowym półmroku. Lampy rzucały słabe światło na ściany, a w powietrzu unosił się zapach leków, mokrych kompresów i lęku. Cihan był coraz słabszy. Hanser zmieniała kompres za kompresem, ale każdy nagrzewał się niemal natychmiast. Jego skóra płonęła, ciało drżało, a oddech stawał się coraz bardziej nierówny. — To nie wystarcza — powiedziała w końcu, bardziej do siebie niż do niego.
Cihan poruszył się niespokojnie. — Co? — Must wziąć chłodny prysznic. — Nie, Hanser, nie dam rady. — W jego głosie po raz pierwszy nie było uporu – była słabość, prawdziwa, bezbronna słabość, której nienawidził bardziej niż bólu.
Hanser pochyliła się nad nim. — Albo pójdziesz ze mną pod prysznic, albo wezwę karetkę. I tym razem nie będę pytać o zgodę. Otworzył oczy i spojrzał na nią zamglonym wzrokiem. — Zawsze byłaś taka uparta? — Nie, nauczyłam się od ciebie.
Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu – słaby, ledwie widoczny, ale prawdziwy. Hanser wsunęła rękę pod jego plecy i pomogła mu usiąść. Cihan syknął z bólu, ale nie zaprotestował – oparł się na niej całym ciężarem. Był rozpalony, ciężki, niemal bez sił, a jednak w tym momencie Hanser poczuła nie ciężar, lecz odpowiedzialność – jakby trzymała w ramionach człowieka, który przez całe życie udawał niezniszczalnego, a teraz po raz pierwszy pozwolił komuś zobaczyć, że też może upaść. — Powoli — szepnęła. — Jestem tutaj.
Każdy krok do łazienki był walką. Cihan chwiał się, a Hanser obejmowała go mocno w pasie. Gdyby ktoś zobaczył ich z boku, mógłby pomyśleć, że to tylko opieka nad chorym, ale między nimi było coś więcej – coś, czego oboje bali się nazwać. W łazience Hanser odkręciła wodę, szum wypełnił małą przestrzeń. Chłodny strumień spadł na dłonie, potem na kafelki, a w końcu na rozpalone ciało Cihana. Drgnął gwałtownie. — Zimne… — Wiem. Oddychaj, Hanser. Oddychaj, Cianie, patrz na mnie.
Uniósł powieki. Ich spojrzenia spotkały się w parze i szumie wody. Hanser stała tak blisko, że czuł jej oddech: jedną dłonią podtrzymywała jego kark, drugą odgarniała mokre włosy z jego czoła. Woda spływała po ich twarzach, po ubraniach, po dłoniach, które nie potrafiły się od siebie odsunąć. Cihan oddychał ciężko, ale powoli jego ciało zaczynało się uspokajać. Drżenie nie zniknęło całkiem, lecz osłabło. Gorączka nadal płonęła pod skórą, ale chłód wody przynosił ulgę. — Dlaczego nie odeszłaś? — zapytał nagle.
Hanser zamarła. — Co? — Tyle razy dałem ci powód.
Przez chwilę słyszała tylko wodę. Potem odpowiedziała cicho: — Bo ktoś musiał zostać, kiedy ty sam nie potrafiłeś poprosić o pomoc.
Cihan patrzył na nią z bólem, który nie miał nic wspólnego z raną. — Nie zasłużyłem na to. — Może nie — powiedziała, a jej głos lekko zadrżał — ale to nie znaczy, że pozwolę ci umrzeć z powodu własnej dumy.
Między nimi zapadła cisza. Nie była pusta – była pełna wszystkiego, czego nie wypowiedzieli: żalu, złości, tęsknoty, strachu i czegoś delikatnego, co mimo wszystkich ran nadal nie chciało umrzeć. Cihan powoli uniósł dłoń, dotknął jej nadgarstka – tego samego, którym podtrzymywała jego twarz. — Bałem się — wyszeptał. Hanser spojrzała na niego zaskoczona. — Czego? — Że jeśli uwierzę, że naprawdę jesteś przy mnie, to już nie będę umiał pozwolić ci odejść.
Jej oczy napełniły się łzami, ale nie odwróciła wzroku. — A ja bałam się, że nigdy nie przestaniesz mnie odpychać.
Woda nadal spływała po nich obojgu, zacierając granice między chorobą a bliskością, między gniewem a troską, między tym, co powinno się skończyć, a tym, co wbrew wszystkiemu zaczynało żyć na nowo. Cihan był słaby, blady, rozpalony. Hanser była przemoczona, zmęczona i przerażona. But w tej jednej chwili rezydencja, intrygi Beyzy, gniew Mukadder, szeptane oskarżenia i fałszywe uśmiechy przestały istnieć. Byli tylko oni: kobieta, która nie chciała już walczyć o miejsce w cudzym domu, ale wciąż walczyła o życie człowieka, którego kochała bardziej, niż powinna, i mężczyzna, który dopiero w gorączce, słabości i zimnej wodzie zaczynał rozumieć, że najgroźniejsza rana nie była na jego ciele – była w sercu, a Hanser, nawet jeśli sama została zraniona najgłębiej, wciąż trzymała przy niej dłoń.
Czy to dramatyczne zbliżenie w strugach wody ostatecznie przełamie mur dzielący małżonków, czy też Mukadder zdoła wykorzystać pogarszający się stan syna, by ostatecznie wygnać Hanser z rezydencji?