
Hanser w pułapce Beyzy. Szaleńcza jazda kończy się dramatem nad przepaścią.
Hanser wsiada do samochodu Beyzy, wierząc, że jedzie na spotkanie z Cihanem. Jednak już po kilku minutach zaczyna rozumieć, że coś jest nie tak. Cihan nie odbiera telefonu. Beyza odpowiada wymijająco, a napięcie w aucie rośnie z każdą sekundą. W tym samym czasie Cihan odkrywa w swoim biurze przerażającą prawdę: jego telefon nie zaginął przypadkiem. Ktoś zabrał go celowo, aby odciąć Hanser od pomocy. Kiedy Beyza wciska gaz i zaczyna pędzić krętą leśną drogą, zwykła podróż zamienia się w koszmar. Zrozpaczena Hanser błaga ją, by się zatrzymała, ale Beyza jest już pochłonięta gniewem, zazdrością i szaleńczą potrzebą udowodnienia, którą kobietę Cihan naprawdę wybierze. Nazywa to egzaminem śmierci – próbą, po której nic nie będzie już takie samo. Czy Cihan zdąży odkryć, dokąd Beyza zabrała Hanser? Czy Hanser przeżyje tę przerażającą jazdę? I czy ten dramatyczny moment ostatecznie ujawni prawdziwe oblicze Beyzy? Egzamin śmierci Beyzy. Hanser uwięziona v samochodzie bez ratunku.
Mroczny pasażer i wymijające odpowiedzi.
Wszystko zaczęło się od ciszy – nie tej zwykłej, spokojnej ciszy, która czasem zapada między dwiema kobietami zmęczonymi życiem, obowiązkami i ciężarem niewypowiedzianych słów. To była cisza ciężka, lepka, pełna ukrytego niebezpieczeństwa. Taka cisza, która nie uspokaja, lecz sprawia, że serce zaczyna bić szybciej, choć człowiek jeszcze nie wie dlaczego. Samochód sunął po asfaltowej drodze, oddalając się od miasta, od znanych ulic, od domów, od ludzi. Za oknami przesuwały się kolejne drzewa – coraz gęstsze, coraz ciemniejsze, jakby świat za szybą powoli zamykał się nad nimi niczym pułapka. Niebo miało barwę przygaszonego popiołu, a promienie słońca przedzierające się przez korony drzew padały na twarz Hanser w krótkich, nerwowych błyskach.
Hanser siedziała na fotelu pasażera. Ręce trzymała splecione na kolanach, lecz jej palce nieustannie się poruszały: raz zaciskała je mocno, raz rozluźniała, jakby próbowała opanować rosnący niepokój. Co chwilę spoglądała na Beyzę, która prowadziła samochód z dziwnym spokojem – zbyt spokojnym, zbyt kontrolowanym. Beyza patrzyła przed siebie. Na her ustach błąkał się lekki uśmiech: nieciepły, nieprzyjazny, nawet nieuprzejmy. Był to uśmiech kogoś, kto wie więcej niż druga osoba; uśmiech, który nie zdradzał radości, lecz satysfakcję. Hanser od początku czuła, że coś jest nie tak. Każda minuta spędzona w tym samochodzie tylko pogłębiała jej podejrzenia.
Hanser odezwała się w końcu, nie mogąc dłużej wytrzymać napięcia: — Dokąd my właściwie jedziemy? Beyza nie odpowiedziała od razu. Jej dłonie spokojnie spoczywały na kierownicy, a wzrok ani na chwilę nie oderwał się od drogi. Przez kilka sekund w samochodzie słychać było tylko jednostajny szum silnika i cichy odgłos opon przesuwających się po asfalcie. — Już niedługo zobaczysz — powiedziała wreszcie Beyza tonem niemal beztroskim.
Hanser odwróciła się ku niej całym ciałem. W her jej oczach pojawił się niepokój, który powoli przechodził w strach. — Nie pytam cię o zagadki. Pytam konkretnie: gdzie jest Cihan? Powiedziałaś, że on na nas czeka.
Na twarzy Beyzy pojawił się cień ironii, kącik jej ust uniósł się jeszcze bardziej. — Jesteś bardzo niecierpliwa, Hanser. — A ty bardzo podejrzana — odparła Hanser ostrzej, niż zamierzała. — Od samego początku nie podoba mi się ta sytuacja. Nie powiedziałaś mi niczego jasno. Najpierw nalegasz, żebym z tobą pojechała, potem mówisz, że Cihan chce się ze mną zobaczyć, a teraz kręcisz i unikasz odpowiedzi. Mam prawo wiedzieć, dokąd mnie wieziesz. Beyza zaśmiała się cicho, niemal pod nosem. — Prawo? Naprawdę? Teraz mówisz o prawie? — Nie prowokuj mnie — wysyknęła Hanser. — Zatrzymaj samochód i powiedz mi prawdę! — Prawdę? — Beyza powtórzyła to słowo powoli, jakby smakowała jego gorzki sens. — Ty chcesz prawdy?
Hanser poczuła, jak po plecach przechodzi jej zimny dreszcz. W głosie Beyzy było coś niepokojącego, coś oderwanego od zwykłej rozmowy – jakby ta kobieta nie prowadziła samochodu, lecz jakiś mroczny rytuał, do którego Hanser została wciągnięta bez swojej zgody. — Beyza, przestań mówić bzdury — powiedziała Hanser, starając się zachować stanowczość. — Nie ufam ci, nigdy ci nie ufałam. Ale teraz… teraz naprawdę zaczynam się bać. Powiedz mi, gdzie jest Cihan?
Beyza spojrzała na nią krótko. W tym spojrzeniu nie było skruchy, nie było nawet złości – była jedynie chłodna pewność. — Skoro tak bardzo chcesz wiedzieć, zadzwoń do niego i sama go zapytaj.
Hanser zamarła. Przez chwilę patrzyła na Beyzę, jakby próbowała odczytać, czy to kolejna gra, czy może jednak szansa na przerwanie tej duszącej niepewności. Potem drżącą dłonią sięgnęła po telefon. Jej palce z trudem odblokowały ekran. Numer Cihana znała prawie na pamięć, ale mimo to przez moment nie mogła trafić w odpowiedni kontakt. Wreszcie nacisnęła ikonę połączenia. Sygnał nie rozległ się ani razu. Zamiast tego w słuchawce zabrzmiał zimny, automatyczny głos: „Wybrany abonent jest obecnie niedostępny. Proszę spróbować później”.
Hanser poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Spróbowała jeszcze raz – ten sam komunikat. Jeszcze raz – znowu to samo. Powoli opuściła telefon i spojrzyła na Beyzę. Jej oczy były już szeroko otwarte, pełne przerażenia i nagłego zrozumienia. Wszystkie kawałki tej sytuacji zaczęły układać się v jedną przerażającą całość. — Co ty zrobiłaś? — wyszeptała. Beyza milczała. — Pytam cię, co zrobiłaś?! — Głos Hanser załamał się, lecz wciąż był pełen gniewu. — Dlaczego jego telefon jest wyłączony? Dlaczego nie mogę się z nim skontaktować?
Beyza westchnęła, jakby zmęczyło ją dziecięce pytanie. — Może nie chce z tobą rozmawiać? — Nie kłam! — krzyknęła Hanser. — Cihan nigdy by mnie tak nie zostawił. Nigdy! Jeśli jego telefon jest niedostępny, to znaczy, że coś się stało… albo… — urwała nagle, a jej spojrzenie stwardniało. — …albo ty coś zrobiłaś.
Beyza zacisnęła palce na kierownicy. — Ty naprawdę wierzysz, że znasz go lepiej niż ja? — Wierzę, że znam jego serce — odpowiedziała Hanser. — I wiem, że nie zostawiłby mnie z tobą samej, gdyby wiedział, co planujesz.
Te Słowa uderzyły Beyzę mocniej, niż Hanser mogła przypuszczać. Przez jej twarz przemknął cień bólu, ale zniknął niemal natychmiast, zastąpiony zimną determinacją. — Jego serce… — powtórzyła Beyza cicho. — Wszyscy mówicie o jego sercu, jakbyście mieli do niego prawo. Jakby ono należało do was, jakby moje cierpienie nie miało żadnego znaczenia. Beyza… nie, teraz ty mnie posłuchasz.
Samochód przyspieszył nieznacznie. Hanser poczuła to od razu – silnik zawył mocniej, a krajobraz za oknem zaczął przesuwać się szybciej. Droga była coraz bardziej pusta: żadnych domów, żadnych przechodniów, żadnych innych samochodów w pobliżu. Tylko las, zakręty i strome zbocza gdzieś po prawej stronie.
Katastrofa w biurze i skradziony telefon.
W tym samym czasie, daleko od tej krętej drogi, Cihan znajdował się w swoim biurze. Gabinet, zwykle będący miejscem decyzji, siły i kontroli, teraz wydawał się zbyt ciasny. Cihan chodził nerwowo od biurka do drzwi, potem z powrotem. Zakładał marynarkę, ale jego ruchy były chaotyczne – jakby ciało wyprzedzało myśli, a myśli nie nadążały za coraz mocniejszym przeczuciem katastrofy. Engin stał obok, obserwując go z rosnącym niepokojem. — Cihan, uspokój się. Telefon nie mógł zginąć. — Miałem go w samochodzie — powiedział Cihan stanowczo, przeszukując kieszenie marynarki. — Jestem tego pewien. — Może zostawiłeś go w gabinecie wcześniej? — Nie, sprawdzałem.
Cihan otworzył szufladę biurka, potem drugą, przesunął dokumenty, zajrzał pod teczkę, potem na półkę. Każdy kolejny ruch stawał się bardziej nerwowy. — Ostatni raz miałem go w aucie — powtórzył. — Hanser poprosiła mnie o wodę. Poszedłem po nią, musiałem zostawić telefon na siedzeniu albo w schowku. Nie pamiętam dokładnie.
Engin próbował mówić spokojnie, choć i jego twarz zaczynała zdradzać napięcie. — To znaczy, że nadal powinien tam być. Kazałeś przeszukać samochód? — Tak.
W tej chwili drzwi do gabinetu otworzyły się, a do środka weszła młoda pracownica. Była wyraźnie zakłopotana. Trzymała dłonie splecione przed sobą i przez sekundę zawahała się, zanim przemówiła: — Panie Cianie, przepraszam. Samochód został dokładnie sprawdzony: pod siedzeniami, w schowku, między fotelami, w bagażniku. Telefonu nie ma.
Cihan znieruchomiał. W pokoju zapadła cisza. Engin odwrócił się powoli w stronę Cihana. — Jak to nie ma? — zapytał cicho. — Przecież jeśli zostawiłeś go w samochodzie… Pracownica spuściła wzrok. — Naprawdę sprawdziliśmy wszystko, nie znaleźliśmy go.
Cihan nie odpowiedział. Stał nieruchomo, ale v jego oczach coś się zmieniało: najpierw było zaskoczenie, potem niedowierzanie, a potem nagły, lodowaty strach, który przeszył go od środka. — Telefon nie zniknął sam, ktoś go zabrał — Engin wypowiedział tę myśl na głos. — Czy ktoś mógł go wziąć?
Cihan zamknął oczy na krótką chwilę. W pamięci pojawiły się obrazy: samochód, Hanser, prośba o wodę, jego wyjście, chwila zamieszania, potem Beyza. Jej obecność, jej spojrzenie, jej milczenie, które teraz nabierało nowego, przerażającego znaczenia. Cihan otworzył oczy. — W samochodzie była Beyza — powiedział wolno. Engin pobladł. — Myślisz, że ona go zabrała? — Zabrała mój telefon — przerwał Cihan. Głos miał niski, napięty, pełen nagłej pewności. — Zabrała mój telefon, żeby Hanser nie mogła się ze mną skontaktować; żeby ja nie mógł skontaktować się z nią.
Cihan już nie słuchał. Wybiegł zza biurka, chwytając klucze. Jego twarz była blada, lecz oczy płonęły. — Muszę ją znaleźć. — Poczekaj, pojedziemy razem! — Nie ma czasu, Engin. — Właśnie dlatego nie pojedziesz sam! — Engin chwycił go za ramię. — Jeśli Beyza rzeczywiście coś zaplanowała, musimy działać rozsądnie.
Cihan gwałtownie odwrócił się ku niemu. — Rozsądnie?! Moja żona jest z kobietą, która ukradła mój telefon i odcięła ją ode mnie! Nie wiem, dokąd ją wiezie, nie wiem, co zamierza, a ty mówisz mi o rozsądku?
Engin nie cofnął się, choć w her oczach Cihana było coś dzikiego. — Właśnie dlatego musisz zachować głowę. Jeśli stracisz kontrolę, nie pomożesz Hanser.
Imię Hanser zadziałało jak cios. Cihan zacisnął szczękę. Przez moment wyglądał, jakby walczył sam ze sobą. Potem kiwnął głową, choć jego oddech wciąż był przyspieszony. — Zadzwoń do ochrony, niech sprawdzą kamery, trasy wyjazdowe, wszystko. Ja jadę.
Engin natychmiast sięgnął po telefon. — Cianie, znajdziemy ją.
Cihan spojrzał na niego, a w jego oczach pojawił się ból, którego nie potrafił ukryć. — Jeśli coś jej się stanie… — nie dokończył, nie musiał. To niedopowiedziane zdanie zawisło w powietrzu jak wyrok.
Egzamin śmierci i las pełen strachu.
Tymczasem samochód Beyzy pędził coraz szybciej. Droga stała się węższa, bardziej kręta. Z jednej strony las napierał niemal na asfalt, z drugiej ziemia opadała stromo w dół. Hanser instynktownie chwyciła uchwyt nad drzwiami. Jej oddech stał się krótki i urywany. — Beyza, zwolnij — powiedziała najpierw spokojnie, choć jej głos drżał. — Jedziesz za szybko.
Beyza nie zareagowała. Prędkościomierz wskazywał coraz więcej. — Beyza, słyszysz mnie? Zwolnij! — Teraz się boisz? — zapytała Beyza, nie odwracając głowy. — Oczywiście, że się boję! Prowadzisz jak szalona!
Beyza zaśmiała się krótko. Tym razem w jej śmiechu nie było już ironii – była rozpacz. — Szalona… Tak, to bardzo wygodne słowo. Kiedy kobieta cierpi, mówicie, że jest szalona. Kiedy krzyczy, mówicie, że przesadza. Kiedy walczy o to, co uważała za swoje życie, nazywacie ją niebezpieczną. — Ty jesteś niebezpieczna! — krzyknęła Hanser. — W tej chwili narażasz nas obie! — Nas obie? — Beyza spojrzała na nią kątem oka. — A kiedy wy narażaliście mnie? Kiedy odbieraliście mi wszystko po kawałku? Kiedy patrzyłam, jak Cihan oddala się ode mnie każdego dnia? Kiedy musiałam udawać, że jestem silna, choć wewnątrz rozpadałam się jak szkło? — Tow nie jest powód, żeby robić coś takiego! — A jaki powód był wystarczający dla was?! — Głos Beyzy nagle wzrósł. — Jaki powód miałaś ty, żeby wejść w moje życie i zabrać jego serce?
Hanser patrzyła na nią z niedowierzaniem. — Ja niczego ci nie zabrałam. Miłości nie da się ukraść. Beyza, jeśli Cihan mnie kocha, to dlatego, że sam tak czuje. Nie dlatego, że ja ci coś odebrałam.
Te Słowa tylko bardziej rozszarpały rany Beyzy. Jej twarz wykrzywił grymas bólu. — Zamknij się! — Nie, musisz mnie wysłuchać! Zatrzymaj samochód, porozmawiajmy. Nie musisz tego robić. — Nie mów mi, co muszę!
Samochód gwałtownie wszedł w zakręt. Hanser krzyknęła i uderzyła ramieniem o drzwi. Przez moment miała wrażenie, że auto straci przyczepność. Opony zapiszczały, ale Beyza opanowała kierownicę i znów przyspieszyła. — Zwariowałaś?! — Hanser rozpłakała się z przerażenia. — Beyza, zatrzymaj się, proszę cię! Jeśli masz do mnie żal, powiedz to. Jeśli chcesz krzyczeć, krzycz. Jeśli chcesz mnie oskarżać, oskarżaj. Ale nie zabijaj nas!
Beyza zacisnęła zęby. — Śmierć… — wyszeptała. — Myślisz, że boję się śmierci? Hanser zamarła. — Co ty mówisz? — Nic już dla mnie nie ma znaczenia — powiedziała Beyza. Jej głos stał się dziwnie pusty, a jednocześnie straszliwie intensywny. — Ani ja sama, ani moja matka, ani mój syn. Niki. — Nie mów tak! Masz dziecko! Masz syna, który cię potrzebuje! — Potrzebuje… — Beyza roześmiała się gorzko. — Wszyscy ciągle czegoś potrzebują. Matka potrzebuje posłusznej córki, dziecko potrzebuje idealnej matki, Cihan potrzebuje spokoju, ty potrzebujesz jego miłości. A ja? Kto kiedykolwiek zapytał, czego ja potrzebuję?
Hanser poczuła łzy na policzkach. — Ja cię teraz pytam: czego potrzebujesz, Beyza? Powiedz mi, ale proszę, zwolnij!
Beyza przez chwilę milczała. Jej oczy błyszczały – nie patrzyła na Hancer, ale coś w her twarzy pękało. — Potrzebowałam, żeby ktoś wybrał mnie — powiedziała cicho. — Chociaż raz, bez wahania, bez litości, bez obowiązku. Żeby ktoś spojrzał na mnie i powiedział: „To ty. Ty jesteś najważniejsza”.
Hanser przełknęła łzy. — Cihan nie jest nagrodą, Beyza. Nie jest rzeczą, którą można wygrać. — Nie — syknęła Beyza. — Ale dziś się przekonamy, kogo naprawdę nie potrafi stracić.
Samochód znów przyspieszył. Hanser spojrzała przed siebie. Droga wiła się między drzewami, a dalej, za kolejnym zakrętem, zaczynał się odcinek prowadzący w stronę urwiska. Znała tę trasę – była tu kiedyś z Cihanem. Wtedy wydawała się piękna, niemal romantyczna: las, cisza, widok na dolinę. Teraz każdy metr tej drogi wyglądał jak droga ku końcowi. — Beyza… — wyszeptała. — Tak? — odpowiedziała tamta. — Nie rób tego.
Beyza ścisnęła kierownicę tak mocno, że jej knykcie pobielały. — To będzie egzamin. — Jaki egzamin?
Beyza odwróciła głowę i spojrzała na Hanser. W her jej oczach nie było już zwykłej zazdrości – było szaleństwo desperacji; tej najciemniejszej, która rodzi się wtedy, gdy człowiek przekonuje sam siebie, że nie ma już nic do stracenia. — Egzamin śmierci — powiedziała.
Hanser poczuła, jak serce na moment przestaje jej bić. — Beyza, błagam… — Jeśli przeżyjemy, Cihan będzie musiał wybrać. Już nie będzie mógł uciekać. Nie będzie mógł mówić o obowiązkach, o współczuciu, o rodzinie, o czasie. Nie będzie mógł patrzeć na nas obie i udawać, że wszystko da się naprawić. Jedna z nas zostanie, jedna z nas zniknie, a on wreszcie pokaże, kogo naprawdę kocha. — Tow nie jest miłość! — krzyknęła Hanser. — To kara! Chcesz go ukarać, mnie ukarać, siebie ukarać? Ale najbardziej skrzywdzisz własne dziecko!
Na wspomnienie dziecka twarz Beyzy zadrżała. Przez sekundę Hanser zobaczyła w niej nie potwora, nie rywalkę, nie kobietę ogarniętą obsesją, ale kogoś złamanego – kogoś, kto tak długo tłumił ból, że ból stał się jedynym językiem, jakim potrafił mówić. — Mój syn… — wyszeptała Beyza. — Tak, twój syn! Pomyśl o nim! Pomyśl, co poczuje, jeśli cię straci. Pomyśl, że będzie dorastał z pytaniem, dlaczego jego matka wybrała śmierć zamiast życia.
Beyza oddychała ciężko, samochód na moment zwolnił. Hanser uchwyciła tę chwilę jak ostatnią deskę ratunku. — Beyza, posłuchaj mnie, jeszcze nie jest za późno. Możemy zawrócić. Możemy zadzwonić do Engina, do Cihana, do kogokolwiek. Możemy wysiąść z tego samochodu i porozmawiać. Ja nie chcę twojej śmierci, nie chcę twojego cierpienia. Nie chcę, żeby twój syn płakał nad twoim zdjęciem. Proszę cię, zatrzymaj się.
Beyza zacisnęła usta. Łzy napłynęły jej do oczu, ale nie pozwoliła im spaść. — Ty zawsze brzmisz tak niewinnie — powiedziała drżącym głosem. — Tak czysto, tak dobrze. To dlatego wszyscy ci wierzą. To dlatego on cię kocha – bo ty potrafisz płakać tak, że nawet twoje łzy wyglądają jak prawda. — Moje łzy są prawdą, bo ja naprawdę się boję! — A ja? Myślisz, że ja się nie bałam? — Beyza nagle znów podniosła głos. — Bałam się każdego ranka, kiedy patrzyłam w lustro i widziałam kobietę, której niki już nie wybiera. Bałam się każdego spojrzenia Cihana, które przechodziło obok mnie i szukało ciebie. Bałam się każdej ciszy, bo wiedziałam, że w tej ciszy on myśli o tobie! — Beyza, nie wypowiadaj mojego imienia takim tonem!
Auto szarpnęło, Hanser znowu chwyciła się uchwytu. — Zatrzymaj samochód! Nie, Beyza, zabijesz nas! — Może właśnie o to chodzi! — Krzyk Beyzy rozdarł wnętrze samochodu. W tym jednym zdaniu było wszystko: gniew, rozpacz, porażka, zazdrość, miłość przemieniona v truciznę.
Hanser patrzyła na nią z przerażeniem, ale także z bolesnym współczuciem – wiedziała jednak, że współczucie nie zatrzyma rozpędzonego samochodu. Sięgnęła do klamki, ale drzwi były zablokowane. — Otwórz drzwi! — Nie próbuj, Beyza, siedź spokojnie.
Hanser zaczęła szukać telefonu, ale ręce tak bardzo jej drżały, że niemal go upuściła. Chciała zadzwonić po pomoc gdziekolwiek, do kogokolwiek. Ekran migotał przed her oczami – zasięg był słaby. Las pochłaniał sygnał tak samo, jak pochłaniał drogę, światło i nadzieję. — Nie dodzwonisz się — powiedziała Beyza cicho. Hanser spojrzała na nią. — Zapoplanowałaś to? Beyza nie odpowiedziała. — Zabrałaś telefon Cihana, przywiozłaś mnie tutaj, wybrałaś tę drogę… Wszystko zaplanowałaś? — Nie wszystko — powiedziała Beyza. — Resztę zostawiam losowi. — Tow nie los prowadzi ten samochód, ty go prowadzisz!
Beyza uśmiechnęła się przez łzy.
Pęknięta barierka i upadek w przepaść.
Właśnie za kolejnym zakrętem droga zaczęła opadać. Po prawej stronie pojawiła się barierka – stara i niska, oddzielająca asfalt od stromego zbocza. Za nią rozciągała się przepaść porośnięta krzewami i poszarpanymi skałami. Hanser spojrzała w tamtą stronę i poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. — Nie — wyszeptała. — Beyza, nie!
W tym samym czasie Cihan pędził innym samochodem, a obok niego siedział Engin, rozmawiając nerwowo przez telefon. — Sprawdźcie kamerę przy wyjeździe — mówił Engin. — Tak, samochód Beyzy, podajcie kierunek. Natychmiast!
Cihan trzymał kierownicę tak mocno, jakby od siły jego dłoni zależało życie Hanser. Jego twarz była nieruchoma, lecz v oczach miał strach człowieka, który po raz pierwszy naprawdę zrozumiał, że może nie zdążyć. — Gdzie ona jest? — zapytał przez zaciśnięte zęby. Engin nasłuchiwał przez chwilę, potem odwrócił się do niego gwałtownie: — Kamera złapała ich przy północnej drodze, jadą w stronę lasu.
Cihan pobladł jeszcze bardziej. — Tam jest urwisko.
Engin nie odpowiedział od razu – nie musiał. Obaj wiedzieli, co to oznacza. Cihan docisnął gaz. — Hanser, wytrzymaj — wyszeptał, jakby mogła go usłyszeć. — Proszę, wytrzymaj.
W samochodzie Beyzy czas zwolnił. Każdy dźwięk stał się wyraźniejszy: ryk silnika, świst powietrza, urywany oddech Hanser, szelest jej ubrania, gdy odruchowo cofała się w fotelu. Beyza patrzyła przed siebie z czymś, co przypominało trans. — Cihan będzie płakał — powiedziała nagle. — Myślisz, że będzie płakał po tobie bardziej niż po mnie? — Nie mów tak! — Myślisz, że kiedy zobaczy nas obie, jego serce pobiegnie do ciebie?
Hanser płakała już otwarcie. — Ja nie chcę, żeby ktokolwiek płakał. Chcę żyć. Ty też chcesz żyć, tylko jesteś zbyt zraniona, żeby to teraz zobaczyć.
Beyza spojrzała na nią z wściekłością. — Nie mów mi, czego chcę! — Chcesz, żeby ktoś cię zatrzymał! — krzyknęła Hanser. — Właśnie dlatego mówisz tyle o Cihanie. Chcesz, żeby przyjechał, żeby cię powstrzymał, żeby udowodnił, że twoje życie ma znaczenie. Ale Beyza, twoje życie ma znaczenie nawet wtedy, gdy on cię nie wybiera!
Te Słowa trafiły głęboko, zbyt głęboko. Beyza na moment straciła pewność: jej oczy zaszkliły się, usta zadrżały. Widać było, że gdzieś pod warstwą furii wciąż istnieje kobieta, która nie chce umierać; kobieta, która chce zostać usłyszana; kobieta, która chce, by ktoś ją ocalił przed nią samą. But potem w her twarzy pojawił się cień ostatniej decyzji. — Za późno — wyszeptała. — Nie, nigdy nie jest za późno! — Dla mnie jest.
Beyza wcisnęła gaz do końca. Samochód wystrzelił naprzód. Hanser krzyknęła. Droga zakręcała ostro w lewo, ale Beyza nie zwolniła. Wręcz przeciwnie – jej stopa pozostała przyciśnięta do gazu, a ręce gwałtownie skręciły kierownicę. Przez ułamek sekundy auto zatańczyło na granicy kontroli. Opony zapiszczały przeraźliwie, tył samochodu zarzucił. Hanser uderzyła barkiem o fotel, a jej telefon wypadł jej z dłoni i spadł gdzieś pod nogi. — Beyza! — wrzasnęła.
But Beyza już nie odpowiadała. Jej oczy były szeroko otwarte, twarz mokra od łez, usta zaciśnięte w grymasie bólu i szaleńczej determinacji. Przed nimi była barierka, za barierką przepaść. — Tow jest nasz egzamin — wyszeptała Beyza.
Hanser chwyciła pas bezpieczeństwa, jakby mógł ją ocalić przed losem. Jej myśli v jednej sekundzie pobiegły do Cihana – zobaczyła jego twarz, jego dłonie, jego spojrzenie, gdy obiecywał, że nigdy jej nie zostawi. Przypomniała sobie jego głos – ciepły i niski – gdy mówił jej, że po każdej nocy przychodzi poranek. A teraz noc spadała na nią w samym środku dnia. — Cianie… — wyszeptała.
Samochód uderzył v barierkę. Metal jęknął, jakby sam świat krzyknął razem z nimi. Przez moment wydawało się, że barierka wytrzyma: auto szarpnęło, zatrzęsło się, przód uniósł się lekko, a Hanser poczuła nagłe, brutalne uderzenie w klatkę piersiową. Potem barierka pękła, samochód zjechał z asfaltu. Koła straciły kontakt z drogą. Przez sekundę – krótszą niż oddech, dłuższą niż całe życie – auto zawisło nad zboczem. Hanser zobaczyła przez przednią szybę nie drogę, nie drzewa czy niebo, lecz pustkę – ogromną, zielono-szarą pustkę przepaści. Zakryła twarz rękami i krzyknęła z całych sił. Krzyk Beyzy połączył się z her jej krzykiem.
Potem samochód runął v dół. Świat rozpadł się na hałas, szkło, metal i ból. Auto uderzyło o zbocze, odbiło się, przewróciło na bok, potem znów potoczyło się v dół. Gałęzie biły o szyby, kamienie uderzały o karoserię, powietrze wypełniło się pyłem, odłamkami i dźwiękiem miażdżonego metalu. Hanser nie wiedziała, gdzie jest góra, a gdzie dół; nie wiedziała, czy krzyczy, czy tylko słyszy echo własnego strachu. Ciało szarpało się w pasach, głowa uderzała o zagłówek, ręce bezradnie szukały czegoś, czego można się trzymać. W jednej sekundzie pomyślała o śmierci, ale zaraz potem pomyślała o Cihanie – nie mogła odejść, nie tak, nie teraz.
Auto stoczyło się jeszcze kilka metrów, po czym uderzyło przodem v gruby pień drzewa. Huk był ogłuszający. Wszystko zatrzymało się nagle. Zapadła cisza – tym razem inna niż na początku: nie była już pełna napięcia, była martwa. Pył powoli opadał. Z rozbitej maski unosiła się para, jedno z kół obracało się jeszcze bezwładnie, wydając cichy, jednostajny odgłos. Szyba była popękana jak pajęczyna, wnętrze samochodu wypełniał zapach spalonej gumy, benzyny i rozbitego świata.
Hanser wisiała bezwładnie w pasach. Jej twarz była blada, na skroni miała cienką smugę krwi, powieki drżały. Przez chwilę nie poruszała się wcale. Potem z her jej ust wydobył się cichy jęk – oddychała. Z trudem otworzyła oczy – obraz był rozmazany. Słyszała tylko pisk v uszach i własny oddech. Próbowała poruszyć ręką – ból przeszył ją od ramienia aż po żebra. — Beyza… — wyszeptała. Nie było odpowiedzi.
Hanser odwróciła głowę z ogromnym wysiłkiem. Beyza siedziała za kierownicą: pochylona do przodu, nieruchoma. Jej włosy opadły na twarz, a dłonie wciąż dotykały kierownicy, jakby nawet po katastrofie nie potrafiła jej puścić. — Beyza… — powtórzyła Hanser słabiej. Cisza.
Łzy napłynęły jej do oczu. Mimo wszystkiego, mimo strachu, mimo szaleństwa, mimo tego, że Beyza prawie je zabiła, Hanser nie potrafiła pragnąć jej śmierci – v jej sercu nie było triumfu, był tylko ból.
Akcja ratunkowa Cihana na zboczu.
Daleko nad nimi, na drodze rozległ się pisk hamulców. Cihan wyskoczył z samochodu, zanim pojazd całkowicie się zatrzymał. Engin krzyczał coś za nim, ale Cihan już biegł v stronę uszkodzonej barierki. Gdy zobaczył ślady opon, wyrwany metal i zniszczone krzewy prowadzące w dół zbocza, świat zamarł mu przed oczami. — Hanser! — wrzasnął. Jego głos poniósł się po lesie, odbijając się od drzew i kamieni.
Nie czekał. Zaczął zbiegać v dół, ślizgając się po ziemi, chwytając gałęzi, kalecząc dłonie o ostre kamienie. Engin ruszył za nim, krzycząc, żeby uważał, ale Cihan nie słyszał niczego poza jednym imieniem.
W rozbitym samochodzie Hanser poruszyła głową. Usłyszała go jak przez wodę, jak z innego świata, ale to był jego głos: prawdziwy, żywy, bliski. — Cianie… — wyszeptała.
Cihan dobiegł do wraku i na widok Hanser pobladł tak bardzo, jakby całe życie wypłynęło z jego twarzy. — Hanser, kochanie, słyszysz mnie?
Próbował otworzyć drzwi, ale były zakleszczone. Szarpnął raz, drugi, trzeci. — Engin, pomóż mi!
Engin dopadł do niego i razem zaczęli ciągnąć za uszkodzone drzwi. Metal stawiał opór, ale Cihan działał z taką desperacją, jakby żadna siła na świecie nie mogła go zatrzymać. — Cianie… — głos Hanser był ledwie słyszalny. — Jestem tutaj! — krzyknął, a jego głos załamał się z ulgi i przerażenia jednocześnie. — Jestem przy tobie, nie bój się. Wyciągnę cię, przysięgam. Wyciągnę cię. — Beyza… — wyszeptała Hanser.
Cihan spojrzał na Beyzę. Przez sekundę v jego oczach pojawił się gniew, ale natychmiast ustąpił miejsca świadomości, że teraz nie czas na osąd – teraz trzeba było ratować życie. — Wezwij karetkę! — krzyknął do Engina. — I straż! Szybko!
Engin już dzwonił. Cihan znów pochylił się nad Hanser. — Patrz na mnie, nie zamykaj oczu.
Hanser próbowała się uśmiechnąć, ale zamiast tego po her jej policzku spłynęła łza. — Myślałam, że już cię nie zobaczę.
Te Słowa złamały Cihanowi serce. — Nigdy — powiedział drżącym głosem. — Nigdy cię nie zostawię, słyszysz? Nawet jeśli cały świat stanie między nami, znajdę cię. Zawsze cię znajdę.
Hanser zamknęła oczy na krótką chwilę, ale Cihan natychmiast dotknął jej twarzy przez wybite okno. — Nie, Hanser, proszę, otwórz oczy, zostań ze mną.
Powoli je otworzyła. W tym spojrzeniu było wszystko: strach, ból, miłość i niewypowiedziana prośba, by już nigdy więcej niki nie wystawiał ich życia na próbę. Cihan przyłożył czoło do ramy rozbitego okna. Łzy stanęły mu v oczach, lecz nie pozwolił sobie się rozpaść – nie, teraz jeszcze nie. Najpierw musiał ją ocalić.
A gdzieś obok, w tym samym wraku, Beyza nadal milczała – kobieta, która nazwała swoje szaleństwo egzaminem śmierci, nie wiedząc, że prawdziwym egzaminem nie będzie wybór Cihana między dwiema kobietami. Prawdziwym egzaminem miało być to, czy po tej przepaści ktokolwiek z nich będzie jeszcze potrafił wrócić do życia.
Las milczał. Syreny w oddali dopiero zaczynały rozcinać powietrze. A Cihan, trzymając spojrzenie Hanser jak ostatnią nić łączącą ją ze światem, szeptał raz po raz: — Oddychaj, moja miłości, oddychaj. Jestem tutaj, już jestem.
Jak myślisz, czy ten straszliwy wypadek ostatecznie otworzy Cihanowi oczy na bezwzględność dawnej żony i pozwoli mu na zawsze odciąć się od toksycznych wpływów rodziny, by budować bezpieczną przyszłość u boku Hanser?